Google+ Followers

wtorek, 31 stycznia 2012

LUTY 2012 JAKO TWÓJ MIESIĄC OSOBISTY


Jak to obliczyć? Przypominam, najpierw uświadamiasz sobie, w którym roku osobistym jesteś (o ile nie zrobiłeś/aś tego w zeszłym miesiącu. Według tego systemu, który stosuję, dodajesz do siebie a). sumę cyfr roku bieżącego, czyli: 2+0+1+2=5 i b). cyfry składające się na dzień i miesiąc Twoich narodzin. Np. skoro urodziłam się 26. 7, wykonuję sumowanie: a).5+ b). (2+6+7=15=6); a).+b).=5+6=11. Jestem w roku osobistym 11. Skoro znam liczbę swojego roku osobistego, dodaję do tej liczby liczbę bieżącego miesiąca2 (11+2=13=4). Czyli w lutym jestem w miesiącu własnym 4.

Oczywiście dla każdego i każdej z nas będzie to inny miesiąc własny, dlatego pozwolę sobie zamieszczać tabelkę miesięcy osobistych, aby każdy mógł zajrzeć do niej co miesiąc.

Uwaga: przy każdym miesiącu podaję negatywne tendencje, które nie muszą się pojawić, ale należy być ich świadomym, żeby nie znaleźć się po „ciemnej stronie mocy”.

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 1 (po redukcji 10, 19, 28):

1: Masz wiatr w skrzydłach, działaj, bądź aktywny/a i twórczy/a, rozglądaj się wokół siebie, poszukuj nowości i dokonuj zmian. Warto zapoczątkować jakieś przedsięwzięcie.

Może pojawić się lenistwo, apatia, rezygnacja lub upór albo nawet agresywność, trzeba być świadomym i nie poddawać się tym tendencjom...

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 2 (po redukcji 20, ale raczej nie redukujemy 11 oraz 11 powstałej z redukcji 29):

2: Wyluzuj, odpocznij, dostrój się do otoczenia, zadbaj o dobre układy z przyjaciółmi, przejawiaj pokojowe nastawienie, wykonaj jakąś pracę dla kogoś, gromadź to, co może być ci potrzebne w przyszłości - rzeczy bądź informacje, naucz się czegoś, co może ci się przydać. Tendencje przeciwstawne: Mogą przyjść smutne nastroje lub obojętność, unikaj przewrażliwienia, niezadowolenia, apatii.

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 3 (po redukcji 12, 21, 30):

3: Będziesz miał/a ochotę wykazywać się wyszukaną grzecznością, bądź zrobić coś w ramach działalności społecznej, w każdym razie na pewno dobrze spędzisz czas. Tendencje przeciwstawne: Wystrzegaj się skłonności do roztrwaniania (pieniędzy, czasu), niepokoju, nerwowości, nie ulegaj pokusie ekstrawagancji, unikaj podżegania do plotek lub skarg i narzekania.

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 4 (po redukcji 13, 31, (nie redukujemy 22):

4: Czas na ukierunkowanie wysiłków, możesz zająć się eksperymentami, wypróbować jakąś inicjatywę, organizować swoje działania.  Tendencje przeciwstawne: Może pojawić się konfliktowość, niechęć do pracy, bałaganiarstwo, poczucie ograniczoności. Solidna praca przyniesie radość!

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 5 (po redukcji 14, 23):

5: Jest to bardzo sprzyjający czas na posługiwanie się wszelkimi formami reklamy oraz autoreklamą. Jeśli nie leniłeś/aś się w zeszłym roku, czeka cię jakiś awans (w każdym razie – postęp), bądź ekspansywny/a i czuj się swobodnie. Wypróbuj jakąś nową inicjatywę, zaakceptuj nowe rzeczy, nowych ludzi. Tendencje przeciwstawne: Nie uganiaj się za przyjemnościami, nie poddawaj się niepokojowi. Wydobądź się z impasu!

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 6 (po redukcji 15, 24):

6: To wspaniały miesiąc dla domu i rodziny. Zadbaj o harmonię w domu. Pamiętaj o odpowiedzialności. Zachowaj równowagę. Niech towarzyszy ci szczęście w rodzinie, piękno, muzyka,sztuka. Tendencje przeciwstawne: Niechęć do przystosowania się, odmowa realizacji zobowiązań, niepokojenie innych, narzucanie im własnych poglądów.

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 7 (po redukcji 16, 25):

7: To bardzo sprzyjający czas dla Ciebie, abyś się wyciszył/a, wykazał/a się cierpliwością, doskonal się w swojej pracy, poświęć trochę czasu na autoanalizę, analizę, dowiaduj się, jeśli coś Cię interesuje, badaj. Tendencje przeciwstawne: Oprzyj się chęci do poprawy warunków materialnych za wszelką cenę, nie poddawaj się uczuciu niecierpliwości, porzuć niepotrzebną tajemniczość.

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 8 (po redukcji 18, 26):

8:  Poczujesz w sobie siłę, nawet okażesz nieustraszoność. Będziesz miał/a dobrą ocenę rzeczywistości, wykażesz się konstruktywnością, ekspansją, poczujesz swobodę materialną. Przestrogi: Nie trać zdolności przewidywania, nie zatrzymuj się przy szczegółach, nie trać zdrowego rozsądku, nie nadużywaj siły.

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 9 (po redukcji 18, 27):

9: Twój światopogląd rozszerzy się, może przytrafić się jakieś chwilowe zauroczenie płcią przeciwną, będziesz chciał/a służyć czemuś nowemu, posłużysz się wyższymi formami wyrażania uczuć. Wykażesz troskę o ludzkość i może nawet podejmiesz jakieś obowiązki społeczne. Tendencje przeciwstawne: Możesz chcieć wysuwać własne JA na plan pierwszy, zaniedbywać przyjaźnie, mogą dojść do głosu obciążenia światopoglądowe.

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 11 (po redukcji 29):

11: Spojrzysz na sprawy z punktu widzenia ducha. Twoje działania staną się wyrażaniem Twoich ideałów bądź religii czy wyższej myśli. Możesz uruchomić jakieś odkrycie. Towarzyszyć ci będzie zainteresowanie ogólnym dobrobytem i poprawą społeczną. Tendencje przeciwstawne: Może pojawić się skąpstwo, zainteresowanie własną osobą, chęć gromadzenia, drażliwość i niepraktyczność.

Jeśli liczby składające się na Twój rok osobisty +2 (liczba lutego) dają w sumie 22:

22: Będziesz realizował swoje ideały w praktyce, a Twoim celem będzie służba ludziom i ideom. Możesz brać udział w uruchomieniu wielkich projektów, przejawiać zainteresowania dobrobytem na skalę międzynarodową. Jest to czas na opanowanie materii dla dobra ogółu. Tendencje przeciwstawne: Może pojawić się zastój, bunt, możesz błędnie ukierunkować energię lub wykazać niepotrzebną ekspansję.

Życzę Państwu jak najlepszego wykorzystania energii tego miesiąca!

Anna Bogusz-Dobrowolska

Opracowane na podstawie konspektu Pani Heleny Wildy-Kowalskiej

sobota, 28 stycznia 2012

LUTY 2012 R. JAKO MIESIĄC UNIWERSALNY


Luty, czyli dwójka dodana do piątki – liczby roku uniwersalnego – w sumie: siódemka.
                Kiedy analizuje się części składowe: 2+2+0+1+2 jest rzeczą oczywistą, że dwójek w lutym jest „dużo”. Dwójka kojarzy się m.in. z silnymi emocjami, szukaniem akceptacji, działaniem w strefie „cienia”, przyrodzoną bądź uznaną za konieczność biernością, ale też ma drugie, przewrotne oblicze: spiski, tajne konszachty, zachłanność, manipulacja i kłamstwo, podstęp, złośliwość i obłuda.
                Obserwując wydarzenia stycznia, łatwo przewidzieć, jakie tematy będą nam towarzyszyły w lutym, a także w następnych miesiącach.
                Na powierzchnię ciągle wypływają coraz to nowe sprawy, skrzętnie jak dotąd zawoalowane, a i autorzy ujawnianych wydarzeń posługują się metodami, które trudno uznać za „czyste” i szczere.
                Pamiętajmy jednak, że jesteśmy w roku uniwersalnym 5., a to oznacza, że o ile będziemy jako widzowie, uczestnicy oraz autorzy wydarzeń podchodzić z entuzjazmem do sytuacji, w których „jedyną pewną jest zmiana” i wierzyć, że zmiana ta wiedzie w kierunku poprawy naszego statusu jako obywateli, Ziemian oraz mieszkańców Wszechświata - w tym właśnie roku jest szansa, aby sprawy przybrały lepszy obrót.
                Nadrzędnym warunkiem jest utrzymywanie wysokich norm etycznych, spokojne, pozbawione lęku spojrzenie na tok wydarzeń. Oczywiście, tyczy się to tych, którzy noszą w sercu i umyśle obraz świata wolnego od przemocy, kłamstwa i wszelkich form zniewolenia i manipulacji. Co nie znaczy, że drzwi są zamknięte przed tymi, których jeszcze stać na to, by wniknąć w siebie i odkryć, że w głębi swej istoty właściwie pragną tego samego, co ci, którymi chcą rządzić. Cuda się zdarzają!
                Lęk... Zarówno dwójka, jak i siódemka sygnalizują tendencje do agresji (druga strona lęku), wycofywania się pod wpływem obaw, poczucia zagrożenia statusu osobistego, materialnego i nawet duchowego. Trzeba sobie to uświadomić, ale nie poprzez skupianie się na samych obawach oraz ich przyczynie, a tym bardziej – na walce z nimi.
                Cudowną sprawą jest siła napędowa tej uniwersalnej piątki, która z ENTUZJAZMEM wiedzie nas ku ukochaniu WOLNOŚCI, ku uwolnieniu się z dotychczasowych ograniczeń, przełamywaniu stereotypów, eksplorowaniu nowych terenów, sięganiu po NOWE.
                A ponieważ słowem kluczowym tego roku jest KOMUNIKACJA - porozumiewanie się na wszystkich poziomach oraz porozumiewanie się jednostek i grup ze wszystkich poziomów staje się sprawą wiodącą i prowadzi do wielu istotnych przekształceń – rozwoju świadomości, rozszerzeniu postrzegania, nawiązania kontaktów, o jakich przedtem nawet się nie śniło. A wszystko to doprowadzi do POSTĘPU we wszelkich dziedzinach życia.
                Luty jako miesiąc uniwersalny niesie z sobą, mimo niezbyt optymistycznych prognoz, poprawę w dziedzinie finansów. I będzie to jeden z kolejnych kroków w procesie odchodzenia od przestarzałych i niesprawiedliwych systemów finansowych. Być może nie wszyscy będą zadowoleni (korporacje bankowe), ale dojdą do głosu nowe rozwiązania, nad którymi pracuje się już od dawna, a ich autorami są ludzie światli, obdarzeni dobrą wolą, poczuciem sprawiedliwości i rozsądną koncepcją kreowania rozwoju gospodarczego opartego na systemach finansowych, których bazą nie będą już dłużej wirtualne pieniądze, krążace w cyber-przestrzeni. Nie występują oni i nie wystąpią w światłach rampy, ale pracują nieustannie i w końcu doprowadzą do zasadniczych zmian w dziedzinie wymiany towarowo-pieniężnej, na czym skorzystają ci najbardziej pokrzywdzeni przez dotychczasowy system. To nie stanie się jeszcze w lutym, ale jest nieuchronne.
Następną wspaniałą sprawą będzie kontynuacja badań naukowych, eksperymentów i związanych z nimi epokowych odkryć, które całkowicie zmienią oblicze naszego świata i ułatwią wszystkim dostęp do źródeł energii, które nie dewastują naszej planety.
Nie zabraknie elementu konstruktywnej analizy naszych dokonań w wielu dziedzinach życia.
Wnioski z pewnością posłużą do poczynienia postępu.
Numerologia to potwierdza, (jak i astrologia numerologię). Jest to dzień uniwersalny szósty, a szóstka jest zredukowaną 15, czyli jednostka, dąży do uwolnienia, uzyskania wolności, sygnifikator 6 mówi zaś o efektach, jakie wywoła ta aktywność dla procesów UZDROWIENIA: każdy z nas może przeprowadzić u siebie rytuał uwolnienia od własnych, indywidualnych ograniczeń, można też zainicjować w swoich kręgach bądź indywidualnie MEDYTACJĘ w intencji GLOBALNEGO UZDROWIENIA.
Zachęcam do optymizmu, wykazywania się rozsądkiem i odwagą. Pamiętajmy o tym, że pomimo sfabrykowanych pozorów, mimo chaosu i zamierzonej dezinformacji, sprawy naprawdę zmierzają w dobrym kierunku.
Anna Bogusz-Dobrowolska
Łódź, dnia 27. Stycznia 2012 r.


Transformacja swiadomosci: Diamentowe czakry 4. Wymiaru - Czesc 2

Transformacja swiadomosci: Diamentowe czakry 4. Wymiaru - Czesc 2: 8 Diamentowa Czakra Zrozumienia Podobnie jak w przypadku siedmiu czakr aktywnych w trzecim wymiarze, takze piec kolejnych, diamentowych...

Transformacja swiadomosci: Diamentowe Czakry 4. Wymiaru - Czesc 1

Transformacja swiadomosci: Diamentowe Czakry 4. Wymiaru - Czesc 1: W trojwymiarowym systemie, w jakim sie dotychczas znajdowalismy, rozwojem czlowieka sterowalo siedem glownych czakramow, ktore poznalism...

czwartek, 26 stycznia 2012

MEDYTACJA – KLUCZ DO WŁASNEJ DUSZY




Witam Cię na kursie medytacji. Jeśli należysz do osób, które interesują się rozwojem duchowym (inaczej nie trafiłbyś na tę stronę), z pewnością zetknąłeś/aś się z tematem medytacji, praktycznie bądź teoretycznie. A jeśli masz niewielkie doświadczenie w tej dziedzinie albo należysz do teoretyków – zapraszam Cię serdecznie do uczestnictwa. Przeprowadzę Cię przez przygotowanie  do medytacji, naukę relaksacji, właściwego oddychania. Poznasz też różne typy medytacji, nauczysz się pracować z czakrami i energią, a następnie przejdziesz do jeszcze bardziej zaawansowanych form...

JAKIE SĄ KORZYŚCI Z MEDYTOWANIA?

Zacznijmy od tych, które przejawiają się na poziomie fizycznym:

·         Ustąpienie napięcia mięśni;

·         Lepsza cyrkulacja krwi;

·         Pogłębienie i uregulowanie oddechu;

·         Lepsza praca serca i układu krążenia;

·         Poprawa działania układu hormonalnego;

·         Uregulowanie ciśnienia krwi.

W sferze psychiki zauważymy następujące zmiany:

·         Wyciszenie emocji;

·         Ustąpienie nerwowości;

·         Wzrost empatii, pozytywnych uczuć, miłości;

·         Usprawnienie pracy umysłu;

·         Poprawienie pamięci i koncentracji;

·         Uzyskanie równowagi psychicznej;

·         Zwiększenie odporności psychicznej.

W sferze ducha nastąpi:

·         Stopniowe przenikanie do nieznanych obszarów naszej duszy;

·         Zrozumienie siebie, swej najistotniejszej natury;

·         Poznanie własnej prawdziwej tożsamości duchowej;

·         Uzyskanie pełnej harmonii ciała, psychiki i ducha;

·         Poznanie wyższych poziomów świadomości;

·         Uzyskanie kontaktu z Opiekunem Duchowym i z wyższymi istotami duchowymi;

·         Możliwość wykonywania pracy duchowej na rzecz podniesienia ludzkości;

·         Dotarcie do Źródła Wszystkich Bytów, Stwórcy, Najwyższej Istoty...



OD CZEGO ZACZNIEMY?

I PRZYGOTOWANIE 

Czas – stwórz sobie enklawę czasowo-przestrzenną, czyli wybierz  taką porę dnia (bądź nocy), kiedy będziesz mógł/mogła odseparować się od biegu wydarzeń i codziennych czynności oraz ich odgłosów. Ważne jest także miejsce, powinno być zaciszne i takie, byś nie był narażony/a na nagłe wejście kogoś z domowników. Tak prawdę mówiąc, najlepiej byłoby medytować na tle natury, ale tylko nieliczni i nie zawsze mają taką wspaniałą sposobność.



Lubisz spokojną relaksującą muzykę? Jeśli tak, odtwarzaj ją sobie, z płyty, z komputera – na You Tube są całe zestawy muzyki relaksacyjno-medytacyjnej. Lecz nie idź w ciemno, najpierw przesłuchaj sobie parę utworów, na początek niech będą krótkie, co najwyżej 15-minutowe, zapisz je, byś mógł/mogła z nich korzystać swobodnie, w słuchawkach lub z dystansu. Jeśli wolisz brzmienie ciszy – wspaniale!



Ubierz się tak, aby było Ci wygodnie i ciepło, i pamiętaj o generalnej zasadzie: unikamy syntetyków i ciemnych kolorów!

Dla większego komfortu nie powinieneś/powinnaś być ani głodny/a, ani bezpośrednio po posiłku, po czarnej kawie, czy mocnej czarnej herbacie, że nie wspomnę o innych środkach wywołujących pobudzenie.



Pozycja: Wcale nie musisz siedzieć w pozycji lotosu. Jeśli nie jesteś biegły/a w asanach hatha-jogi, tylko przysporzysz sobie trudności. Jeśli wolisz siedzieć, możesz to zrobić: w siadzie skrzyżnym na kocyku lub poduszce, na podłodze, na krześle, na fotelu. Możesz także zechcieć się położyć, wtedy zadbaj o lekki, ciepły kocyk, chociaż początkującym nie zalecam tej pozycji, no co tu dużo mówić, bardzo łatwo zapaść w drzemkę, która też ma swoje zalety, ale nam w tej chwili nie o to chodzi!



ĆWICZENIE PIERWSZE:

Relaksacja:

Ważne jest, abyś przed rozpoczęciem medytacji był odprężony/a, ponieważ obok hałasu i zimna nic tak nie przeszkadza w medytacji, jak usztywnione i napięte mięśnie, które nie pozwalają nam właściwie się skoncentrować.

Jest kilka metod odprężenia mięśni, wszystkie są czasochłonne i pracochłonne, i jak zauważyłam, mało kto lubi je stosować. Z lenistwa wypracowałam następującą, która sprawdziła się nie tylko w moim przypadku:

Siedzisz lub leżysz gotowy/a do medytacji na swoim miejscu. I teraz wyobrażasz sobie, że tam, gdzie jesteś, ktoś narzucił na Ciebie przezroczyste, ale bardzo mocne pudło, które kompletnie krępuje Twoje ruchy. Ręce masz przy bokach, nogi z konieczności podkulone. Jesteś jak w kaftanie bezpieczeństwa albo nawet gorzej!

Poczuj to! A teraz, robisz wydech, potem wdech i wysiłkiem woli oraz wysiłkiem fizycznym napinasz z całej siły wszystkie mięśnie, wszystkie ich grupy, pięści zaciśnięte, nogi podkulone, zęby i powieki zaciśnięte... i rozpychasz się w tym pudle, jakbyś chciała/a się uwolnić, rozerwać te ściany na boki i od góry! Uuuuuf! Udało się! Czy już czujesz się wystarczająco wiotko? Nie? Powtórka! Gdy Twój cel został osiągnięty, przyciśnij kciukiem Twojej aktywnej ręki środek brody, jakbyś chciał/a ten punkt wcisnąć do wnętrza. Twoje mięśnie twarzy „puszczają”... Relaks... Relaks.... Możesz mieć zamknięte oczy. Kręgosłup prosty. Siedź po prostu wygodnie.



Włączasz swoją wybraną muzykę, pójdź za nią... pozwól, by Cię prowadziła. Podążaj za jej dźwiękiem, jak za przewodnikiem po nieznanym terenie. Oddychaj w swoim rytmie. Powiedz sobie w myślach: TO JEST MÓJ CZAS, PRZEZNACZONY TYLKO DLA MNIE! Nie rób nic więcej: siedź, oddychaj, słuchaj! I niech Cię to cieszy...

Kiedy ucichnie muzyka, pozwól jej wybrzmieć. Powiedz sobie: TERAZ WRACAM DO STANU TU I TERAZ I BARDZO DOBRZE SIĘ Z TYM CZUJĘ. Baaardzo powoli otwórz oczy, poruszaj palcami rąk i nóg. Powoli wstań, zrób parę kroków, poruszaj ciałem. I niech Cię to cieszy!



Rób to ćwiczenie w miarę możliwości codziennie. Jest to pierwszy krok TWOJEJ WIELKIEJ PODRÓŻY DO WNĘTRZA TWOJEJ DUSZY. Życzę Ci powodzenia! Następny krok – za 3-4 dni.

Do następnego spotkania!






wtorek, 24 stycznia 2012

NIEZBYT POJĘTNA UCZENNICA?



Jest rześki, słoneczny poranek. Stoję na dziedzińcu świątyni. Przed sobą mam widok, który zapiera dech w piersiach: połyskujące w słońcu, ośnieżone masywy gór, czerwonawe promienie słońca tańczące po wklęsłym menisku zbocza Nandy Devi. Za chwilę blask jakby odrywa się błyszczącej ściany śniegu i lodu, i przemieszcza się po  szczytach i stromych zboczach sąsiednich gór.     O tak wczesnej porze żaden hałas, żaden dźwięk nie zakłóca ciszy. Patrzę na swoje bose stopy w klapkach, odbijające opalenizną od bieli lekkiego śniegu, który zaścielił dziedziniec, by zniknąć za godzinę, kiedy roztopi go słońce, które teraz szybko wzbija się w górę, malując swym blaskiem żywy, pełen niesłychanej dynamiki obraz ognia szalejącego po majestatycznych szczytach Małych Himalajów.

Stojąc tak w podziwie, jednocześnie snuję myśl, a właściwie pytanie, które towarzyszyło mi na każdej z moich ścieżek duchowych: Czego chcesz mnie nauczyć? Czego chcesz mnie nauczyć, Babadżi?

Kiedy przyjechałam do Heidakhanu, doceniłam w pełni działanie karma-jogi, oczyszczającej umysł i uświęcającej ducha w niemym wielbieniu Boga poprzez pracę, która miała wpływ na wszystko, co istnieje i dawała wkład w dzieło harmonizowania Wszechświata, dzięki harmonizowaniu siebie.

Jednocześnie miałam świadomość, że wszystko, co tam się wydarzyło, w jakiś niepojęty sposób jest zapowiedzią wydarzeń, które miały nadejść w  przyszłości. A działy się rzeczy niepokojące, jak chociażby moje rozdzielenie się z Darkiem, zetknięcie z problemem uzależnienia albo w sumie niezbyt „groźna” perspektywa pracy przy sprzątaniu.

Kiedy jechałam z moimi koleżankami autobusem do Chillianuoli obserwowałam prześliczną, małą świątyńkę, położoną w dolinie, blisko zbocza niewielkiej góry, na którą wjechaliśmy wąską górską drogą. Autobus nie mógł jechać na wprost, wspinając się w górę, ponieważ zadziałałaby zbyt mocno siła grawitacji. Początkowo nie zwróciłam na to uwagi, ale przy którymś okrążeniu spostrzegłam, że widzę dach tej świątyni z coraz to wyższej perspektywy. Wtedy olśniło mnie, że tak właśnie wygląda nasz rozwój duchowy:  wspinamy się nie "na wprost", nie szybujemy, lecz poruszamy się ruchem spiralnym, przerabiając te same paradygmaty sytuacji i zachowań, za każdym razem na coraz wyższym poziomie. To są wszystkie te momenty, kiedy staje przed nami to samo lub podobne wyzwanie, ale o ileż trudniejsze!

Ten właśnie widok wyłaniał się z mojej pamięci za każdym razem, gdy zapalała mi się czerwona lampka i czułam, że nie sprostam...

Życie w aszramie było bez porównania trudniejsze niż w Haidakhanie. Na samym wstępie należało przygotować mnóstwo pokojów. Wyciągałyśmy z magazynu ogromne sienniki, by rozłożyć je na  wszystkich dostępnych tarasach i dziedzińcach, aby wywietrzyły się na słońcu. Samo sprzątanie pokojów było o tyle uproszczone, że okna nie miały szyb, tylko kraty, które wystarczyło oczyścić miotełką z kurzu. Czyściłyśmy toalety i łazienki, wycierałyśmy z kurzu skromne umeblowanie, a na koniec wychlustywało się na podłogę wiadro wody i ściągało ją szeroką szczotką do odpływu. Podłogi wysychały błyskawicznie. Potem należało ułożyć materace na łóżkach, przynieść koce... i dalej, następny pokój.

Po kilku dniach słaniałam się na nogach, może nawet nie dlatego, że praca była zbyt ciężka. Miałam zwyczaj, jeszcze z Haidakhanu, by nie jadać śniadań (dla oszczędności), jednak nie wyszło mi to na zdrowie. Pewnego dnia szłam, niosąc przed sobą ogromniasty siennik. W pewnym momencie potknęłam się o coś, wywróciłam, miękko lądując na materacu. Nic mi się nie stało, tyle że miałam problem ze wstaniem, jakby ktoś odciął mi dopływ paliwa. Od tamtej pory, w sympatycznym czaj szopie, przed pracą pałaszowałam w towarzystwie moich kompanek opaloną nad płomieniem gazowym bułkę z jakimś serem i pomidorem, zapijając ją pysznym czajem. Doszłam do siebie, ale z Jen zaczęło się coś dziać: ciągle siadała, wzdychała, na czole perliły się jej kropelki potu. Kiedy pytałam ją, co się dzieje, odpowiadała, że nie ma sił. Faktycznie, tak było, dziewczyna powłóczyła nogami. Kiedy skarżyła się, Otylia, która stała się kimś w rodzaju naszej „brygadzistki”, odpowiadała: Jeśli nie możesz pracować, możesz wyjechać. Nie teraz, po lunchu! Starałam się trochę hamować jej zapędy, lecz szybko zrozumiałam, że jak w Haidakhanie i jak w Holandii - nie muszę wyręczać Gospodarza tych włości: nasza przywódczyni zachorowała na bardzo ciężkie zapalenie płuc, dwa tygodnie przeleżała w gorączce, więc automatycznie została odsunięta od tej pracy. Choroba bardzo ją zmieniła, zrobiła się bardzo kochana i współczująca. A do nas dokooptowały dwie dziewczyny i całkiem nieźle nam szło.

Pewnego dnia, gdy zamiatałam miotełką jakiś chodnik, zauważyłam, że w zamyśleniu przygląda mi się sympatyczna, urodziwa kobieta, około trzydziestki, z grubym, czarnym warkoczem. Następnego dnia też ją spotkałam i następnego także. Trzepałam jakiś chodniczek, gdy nieoczekiwanie zagadnęła mnie: Czy masz dzieci? Nie zaskoczyła mnie nawet jej bezpośredniość, więc odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie. Po czym ona uśmiechnęła się do swoich myśli i odeszła.

Potem ktoś mi powiedział, że jest to synowa Muniradżiego, który mieszka w pobliżu. Przelotnie obejrzałam dom, z którym niedługo przyszło mi się związać na jakiś czas.

Przygotowania dobiegały końca, do aszramu zjeżdżali goście. Zrobił się ruch, gwar i ... nawet bałagan. Słychać było rozmowy i okrzyki w języku angielskim, włoskim, niemieckim, francuskim i wielu innych, których nawet nie mogłam zidentyfikować. Rano długie kolejki do łazienek, tłumy przy porannym czaju, wszędzie ruch, suszące się kolorowe sari i pandżaby rozwieszone na sznurkach, na dziedzińcu lub ułożone na dachach.

Jen niknęła w oczach, dręczyła ją tęsknota za domem, za ciepłą wodą, za rodzicami, za pizzą, płakała po nocach. Zrobiłam jej trzy zabiegi reiki, po których odżyła, a ktoś podarował jej Bhagwat Gitę, której lektura nieco wygnała z jej umysłu prześladującą ją wizję Boga, który zabija ludzi.

Noce były bardzo zimne, przydziałowe koce nie wystarczały, a o dodatkowych można było tylko pomarzyć przy takiej ilości ludzi. Sweter zarzucony na koc musiał wystarczyć, a i tak nie mogłam zasnąć, dygocząc z zimna na materacu położonym na podłodze i próbując rozetrzeć stopę o stopę. O trzeciej wstawałam, bo wtedy jeszcze można było swobodnie skorzystać z łazienki, a potem szłam do budynku, w którym otrzymywaliśmy czandan. Były to chwile, których nie zapomnę: ciemna jeszcze noc, rozgwieżdżone niebo, cisza. I w tej ciszy gromada ludzi otulonych w szale, siedzących na chodnikach, w skupieniu, w medytacji... Nie umiem tego oddać słowami, ale były to dla mnie chwile, kiedy zdawało mi się, że czuję dotknięcie Boga... że jestem z Nim sam na sam...

Któregoś wieczoru do naszego pokoju przyszedł ktoś i zapytał, czy jedna z nas zechciałaby uprasować rzeczy Muniradżiego. Zgłosiłam się chętnie.

I tak weszłam do tego tajemniczego domu. Prasować nigdy nie lubiłam, ale zrobiłam to dobrze, więc poproszono mnie, abym przyszła jeszcze raz. Potem, żebym coś wyprała, potem – posprzątała. Wszystko to robiłam chętnie i z oddaniem. Dla mnie była to karma-joga. Moja gospodyni była widocznie zadowolona z pracy, którą wykonywałam, skoro postanowiła „przedstawić” mnie swojemu teściowi, którego zresztą uwielbiała, jako osobę pracującą w tym domu. Zostałam zaakceptowana pod warunkiem, że będę uczestniczyć we wszystkich ceremoniach i zajęciach.

I tak zaczęła się najtrudniejsza, bo wiodąca do wielu rozterek próba w moim życiu, a zarazem zapowiedź tego, co miało nastąpić później.




niedziela, 22 stycznia 2012

sobota, 21 stycznia 2012

PIERWSZE EMOCJE



Z zapałem wchodziłam w życie aszramu. Pracowałam gorliwie, ale nie ponad siły, ponieważ nikt tego od nas nie wymagał. Dusza, uświęcona tą pracą, mantrą i otoczeniem pogrążała się w coraz większym uczuciu spokoju, komfortu i radości. Poznawałam otoczenie, zaprzyjaźniałam się z niektórymi kobietami, więc miałam z kim porozmawiać w czaj szopie przy szklaneczce czaju i ciastku za 1 rupię. Z czasem, w ciągu kilku dni stanowiłyśmy zgraną grupkę, która razem zgłaszała się do karma-jogi. Rozprawiałyśmy o wszystkim, łącznie z naszym życiem osobistym, wrażeniami z pobytu i doświadczeniami duchowymi. Część z tych kobiet poznałam już w aszramie w Holandii, więc czułyśmy się jak stare znajome. Było sympatycznie, czasem nawet zabawnie.

Urocza, delikatna Amerykanka, Jen miała poważne kłopoty z zaakceptowaniem życia w aszramie, przerażały ją wieczorne ciemności, częste wyłączenia światła, posiłki spożywane na ziemi i w dodatku rękami. Nie chciała chodzić na większość ceremonii, ponieważ brakowało jej snu. Poza tym, jak prawie wszystkim nam, dokuczały jej dolegliwości trawienne. No cóż, zmiana wody, zmiana diety dały się we znaki nawet tym, którzy już wielokrotnie odwiedzili Indie. Rosła Hiszpanka, Otylia starała się mobilizować Jen, ale wszystkie jej wysiłki spełzły na niczym, ponieważ sprowadzały się właściwie do poganiania jej i zachęcania, by nie pieściła się z sobą. No cóż, kobieta, która zdecydowała się przeprawić z wystraszonym przewodnikiem przez ryczącą Gautamę-Gangę, i straciła w jej nurtach plecak wraz z dobytkiem, rzeczywiście mogła patrzeć na Jen, jak na wypieszczoną panienkę, która przejmuje się jakimiś błahostkami.

Darek jakby się odsunął, niechętnie wykonywał karma-jogę, miał pretensję, że nikt nie chce mu pomóc w sprowadzeniu materiałów do rzeźbienia, rzadko chodził na aarati i hawan.

Żyłam, starając się widzieć tylko pozytywne strony tego aszramowego życia. Ale nie dało się! Nie uszły mojej uwadze małe, białe paczuszki podawane z rąk do rąk, pod stolikami czaj-shopu. Nie mogłam nie zauważyć podekscytowanych, chwiejących się na nogach Hindusów, upojonych czerezem, który w Indiach paliło się nagminnie. Potem okazało się, że ci spośród wyznawców, którzy najbardziej na karma-joga mitingach narzekali na brak dyscypliny, sami mieli kłopoty tak wielkie, że kiedyś trzeba było ich nieść do pokoju, bo nie mogli kroku zrobić o swoich siłach. Któregoś dnia, podczas popołudniowej sjesty obudziłam się ze snu i właśnie miałam wstać, gdy nagle gwałtownie otworzyły się drzwi i wtargnął przez nie jeden z szanowanych sadhu, których zwykle wita się pokornym pochyleniem, dotknięciem ich stopy, a potem swojego czoła. Lecz on nie wydawał się czekać na moje hołdy, podbiegł do mnie rączo, chociaż był to siwiuteńki staruszek i wołając coś z wielkim uniesieniem i radością, zaczął mnie obcałowywać po policzkach i dalej coś wykrzykiwać. Zdrętwiałam na te nagłe wybuchy czułości. Na szczęście poszedł sobie, wykrzykując swój zachwyt w przestrzeń przed sobą...

Wszystko to usiłowałam sobie jakoś zinterpretować, tak żeby nie pobudzać w sobie nietolerancji. Lecz budząca się spostrzegawczość zaczęła pracować na coraz szybszych obrotach.

Czując dyskomfort, zastanawiałam się, jak z tego wybrnąć, gdy nagle ogłoszono po aarati, że w aszramie w Chianoulli trwają przygotowania do święta Navaratri (święto na cześć Boskiej Matki), które miało się odbyć w październiku. Należało przygotować pokoje dla około 500 gości, więc proszono, aby zgłaszały się osoby chętne do wykonywania tej pracy. Oczywiście, natychmiast skorzystałam z propozycji, jak i moje dwie najbliższe kompanki. Darek został, a ja z radością wyruszyłam do aszramu, który leżał jakieś 4000 km wyżej niż Hairakhan. Bardzo byłam ciekawa, jak to jest „prawie że w Himalajach”.

Jechałyśmy autobusem, potem taxi-busem, podziwiając po drodze „prawdziwe” Indie. Maleńkie, białe świątynki z bajecznie kolorowymi dachami, kolorowo odzianych wieśniaków i wieśniaczki o posturze królowych, dzięki dźwiganiu ciężarów na głowach, niewielkie miasteczka pełne kolorowych sklepów i kramów z dosłownie wylewającymi się na ulicę towarami. I wszędzie, dosłownie wszędzie, ogromne tłumy ludzi – na poboczach, na chodnikach – całe rodziny z dziećmi, pojedyncze osoby, czasem kapłani, bramini w pomarańczowych szatach, niekiedy nawet ze świętymi, białymi wołami, tragarze z tobołami na głowach i hałaśliwe riksze przemykające się pomiędzy białymi taxi-busami, które trąbiąc niemiłosiernie i zupełnie bez potrzeby, łamały wszystkie możliwe przepisy drogowe.

Podziwiałyśmy ten egzotyczny, bajecznie kolorowy świat pachnący dymem z lichego tytoniu, rozgrzanym olejem z pierwszego tłoczenia ulicznych maleńkich garkuchni, wonnymi olejkami, których co rano używały kobiety, nie żałując ich także swoim małym córeczkom. Kiedyś, w przerwie w podróży, zobaczyłyśmy mamę, która niosła w ozdobionych licznymi bransoletami ramionach śliczne bobo. Nie trzeba było pytać, czy to chłopczyk, czy dziewczynka, bowiem maleńka miała oczęta obwiedzione czarnymi kreskami i pomalowane na czerwono usteczka. Nie wiem, jak jest teraz, ale w tamtym czasie z podziwem kontemplowałam nieuchwytny czar kobiecości Hindusek. Pomijam już to, że te wiejskie kobiety miały wyprostowane sylwetki i dumną postawę królowej, przy czym stąpały leciutko, wręcz zwiewnie. Było w nich coś, czego nie mają Europejki, coś zupełnie odmiennie fascynującego, tajemniczego, uwodzicielskiego, chociaż żadna nie zachowywała się prowokująco wobec mężczyzn. W New Delphi zauważyłam, że cywilizacja i komfort życia zabijały w kobiecie te cechy, ale to już inny temat.

Drogi były znacznie lepsze i szersze, chociaż nadal bardzo niebezpieczne. Wszędzie znaki ostrzegające przed nadmierną szybkością, a raz na skale zobaczyłam napis: „Lepiej do domu wrócić później niż wcale”. Nic dodać, nic ująć! W końcu, porządnie zmęczone zatrzymałyśmy się w Ranikhet, by zrobić niewielkie zakupy. Rozśmieszyła nas duża, brązowa małpa, która przez jakiś wisiała na gałęzi drzewa nad straganem z owocami. Bacznie obejrzała towar, po czym szybko zeskoczyła, chwyciła dorodną pomarańczę i wskoczyła z powrotem na drzewo. Sprzedawca tylko spojrzał za nią i wrócił do klientów. Przypadkiem zajrzałyśmy do laboratorium analitycznego. Oj, nie wyglądało ono tak jak nasze bielutkie, estetyczne, czyściutkie pomieszczenia! Jakieś stare, drewniane sprzęty, półki pełne słoików z jakąś brązową zawartością. Hm! Tu prawie wszyscy mają robaki! – pomyślałam i od razu zaczęło mi burczeć w brzuchu.

Po kilku minutach jazdy przez górski, niezbyt gęsty las znalazłyśmy się w miejscu, które na najbliższe cztery miesiące miało się stać moją przystanią. Aszram był rzeczywiście ogromny: dużo większy budynek świątyni, domy gościnne ustawione w czworobok, z dużym patio pośrodku. Jeszcze inne zabudowania, których zastosowanie poznałam później. Wszystko to robiło duże wrażenie. Ale ile też było do zrobienia! A ile do nauczenia się! Tego nawet nie przewidywałam!


wtorek, 17 stycznia 2012

15. DZIEŃ KARMA-JOGINA



Najpierw szliśmy wzdłuż pawilonów domu gościnnego. Za nimi, z lewej strony widniała świątynia, z pozoru niewielka. Bojaźliwie zajrzeliśmy do środka, co nie było trudne, ponieważ wsparta na kolumnach, była otwarta z dwóch stron. Samo wejście do świątyni zostawiliśmy sobie na czas obrzędu. Potem wyszliśmy na rozległy taras z widokiem na górę Kailash, na której szczycie pojawił się Babadżi po swoim zejściu na ziemię, i przebywał tam przez dwa tygodnie.

W dole ryczała wzburzona, brązowa od niesionego mułu Gautama Ganga. Widziałam, jak spieniony nurt niósł ze sobą kamienie i nawet głazy. Słyszałam, że byli śmiałkowie, którzy w tym czasie przeprawiali się przez rzekę, jadąc do Hairakhanu inną trasą, ale na samą myśl o czymś takim dostawałam dreszczy.

Po 108 stopniach symbolizujących 108 imion Boga zeszliśmy w dół, na dróżkę prowadzącą do dhuni, przez tereny przyszłego ogrodu. Mijaliśmy drzewka bananowe i krzewy o pięknych, mało jeszcze w Polsce znanych kwiatach. Wśród nich uwijały się motyle, ogromne i bardzo kolorowe. Doszliśmy do groty, w której celebrowano hawan, zdziwiło nas, że jest taka malutka...

Tego dnia mieliśmy okazję po raz pierwszy uczestniczyć w wieczornych obrzędach w wersji „full”. Najpierw kąpiel. Ponieważ woda w rzece była w tym czasie bardzo wezbrana i stwarzała niebezpieczeństwo dla przyjmujących rytualną kąpiel, więc wszyscy korzystaliśmy z łazienek, które w niczym nie przypominały europejskich. Schodziło się po stopniach w dół do obszernego przedsionka z długimi umywalkami – kamiennymi korytami. Kolejki do kabin były długie, ale nikt się nie niecierpliwił. Korzystało się z wiadra i lothy. Najpierw nabierało się do wiadra wodę, potem mydliło ciało i spłukiwało przy pomocy lothy, a woda spływała po lekko spadzistej podłodze do otworu w kącie podłogi. Szybko przyzwyczaiłam się do tego sposobu mycia i nie przeszkadzało mi to, że woda nie była podgrzewana. Po kąpieli, przebrani w stosowne stroje, udawaliśmy się do dhuni na ceremonię hawanu.

Obrzęd wyglądał podobnie jak w aszramie w Holandii, z tą różnicą, że świadomość miejsca, w którym byliśmy, nadawała mu w naszych oczach zupełnie inny typ przeżyć. Było to uczucie głębokiej czci pomieszanej z wdzięcznością, zaciekawieniem i wzruszeniem.

Kiedy siedzieliśmy na swoich miejscach przed rozpoczęciem ceremonii, zaobserwowałam, że niektórzy czytali sanskryckie pisma, siedząc w pozycji lotosu, z zapaloną świeczką postawioną na wewnętrznej stronie zgięcia w kolanie. Bardzo nam to imponowało! Sama ceremonia wyglądała identycznie jak w Holandii. Tyle że z pobliskich krzewów i drzew dobiegały krzykliwe odgłosy wielkich, kolorowych papug, przelatujących z gałęzi na gałąź.

Wdychałam duszne, wilgotne powietrze przepojone zapachem kadzidła, dymu z ognia i palonego ghee i coś we mnie radośnie krzyczało: Ja tu jestem! Jestem!

Po skończonym hawanie trzeba było dość szybko przemieścić się po 108 schodach do świątyni. Zaczynał się głośny hałas wszystkich dzwonów, dzwonków i kołatek zwiastujący początek aarati. Wsuwaliśmy się pospiesznie do świątyni, składając pranam i zajmując miejsce tam, gdzie się dało. Z podziwem spoglądałam na ogromny dzwon zawieszony w wyjściu do ogrodu. Pod sufitem wisiały rzędy mniejszych dzwonów. Osoby, które wchodziły jako pierwsze zwykle podchodziły do tych dzwonów i pociągały rytmicznie za zwisające sznury.

Bardzo cieszyło mnie to, że opanowałam znaczną część badżanów, lepiej mi się śpiewało. W miarę dyskretnie, bo z ciekawością rozglądałam się po twarzach uczestników. Faktycznie, było widać, że przyjechali tu wyznawcy z całego świata. Trochę zaskoczyło mnie to, że w czasie aarati po świątyni swobodnie biegały psy i dzieci. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie, że psy i koty mają imiona bogów z hinduskiego panteonu lub imiona ludzkie. Odebrałam aarati w świątyni jako niesłychanie radosne, kolorowe i rozśpiewane.

Po skończonej ceremonii, z latarkami w rękach (latarki stanowiły obowiązkowe wyposażenie każdego gościa aszramu), udaliśmy się do pokoi po nasze naczynia, a potem - na kolację. Jedliśmy ją w długim przejściu za kuchnią.

Przyznam, że za pierwszym razem przeżyliśmy szok: w ciemności rozświetlonej nikłymi światełkami świec widać było dwa naprzeciwległe rzędy osób siedzących na długich, wełnianych chodnikach. Przed każdym stalowy talerz z miseczką na dal (rodzaj gestej zupy) i stalowy kubeczek.

Kitchen boys (chłopcy z kuchni), jak na nich mówiono, przechodzili wzdłuż tych rzędów z wielkimi garami i tacam,i i nakładali kolejno ryż, dal i czapati, a do kubków wlewano wodę z pobliskiego źródła.

Taki zestaw stanowił podstawowe menu w aszramie, zmieniał się tylko rodzaj składników w dalu. Na ogół był to jakiś gatunek fasoli czy fasolki lub kostki sojowe.

Szybko zorientowałam się, jak należy to wszystko jeść, nie mając żadnych sztućców oprócz rożka zwiniętego z czapati. Obok mnie siedział wysoki, brodaty, długowłosy bramin i pożywiał się w niesłychanie wytworny sposób, który rzecz jasna, natychmiast od niego przejęłam, może nie tak wytwornie, ale skutecznie. Rozmawialiśmy przez parę minut i dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy na temat życia w aszramie.

A potem – spać! W głowie mi huczało ze zmęczenia i o mało nie wywróciłam się po drodze, ponieważ szłam z głową zadartą do góry, podziwiając gwiazdy, które zdawały się wisieć prawie nad głową i wyglądały tak, jakby było ich znacznie więcej niż w naszej szerokości geograficznej. Patrz! Powiedziałam do Darka: Krzyż Południa! Księżyc wisiał nad nami jak wielka, złota misa, aż się chciało rękę wyciągnąć do niego!

Ledwo trafiliśmy do łóżek i wcale nam nie przeszkadzało to, że nie mamy materacy ani nic miękkiego do podścielenia. Ledwo dotarłam głową do zwiniętego swetra, który służył mi za poduszkę.

Ze snu wyrwał nas dźwięk trąbki. Spojrzałam półprzytomnie na zegarek: czwarta! Nie bardzo rozumiałam, o co tu chodzi z tą trąbką, lecz nagle mnie olśniło, że to pobudka. Z tego, co słyszałam, wstawali tak wcześnie ci, którzy szli na czandan. Przez chwilę zastanawiałam się, czy iść, bo głowa ciążyła mi strasznie, ale postanowiłam, że jednak pójdę. Darek jakoś dał się ściągnąć z łóżka i podreptaliśmy do łazienki. O dziwo! Nie było tam prawie nikogo, weszłam do kabiny, położyłam świeżą odzież na taborecie, gdy usłyszałam: „Ania, chodź tutaj i zobacz, czy to jest skorpion!” Poczułam lód w kościach, ale odważnie wybiegłam z kabiny. Darek stał przy umywalce i pokazywał coś, co było źle widać w półmroku, ale to coś było grubaśne i czarne. Poczciwy żuk, tylko dużo większy niż te, z którymi dotąd się spotkaliśmy. Po tej atrakcji i kąpieli, poszliśmy do domku, w którym mieszkał Babadżi. Czekając na przyjście kapłana, siadało się na wyznaczonym miejscu, na malutkim placyku pod domkiem. Było jeszcze ciemno, w dole grzmiała i szumiała rzeka, a po gałęziach dużego drzewa uwijały się małpy. Wymarzony czas na medytację, ponieważ odczuwało się w tym miejscu ciszę, która przenikała w głąb serca...

O 5. przyszedł kapłan i otworzył drzwi, wszedł, nie zamykając ich za sobą, co oznaczało, że można wchodzić, ale z reguły po kilka osób, ponieważ pokój był naprawdę mały: z boku stało łóżko, na którym spał Babadżi, teraz stał na nim jego ogromny portret. Siedzieliśmy w milczeniu, obserwując jak kapłan rozcierał w miseczkach kolorowe pasty, po czym podchodziło się kolejno po czandan.

Potem zostało nieco czasu, więc niektórzy wracali, żeby trochę jeszcze podrzemać, poszedł też Darek, a ja usiadłam na tarasie, twarzą do góry Kailash i postanowiłam medytować. Kiedy tylko usiadłam na kamieniach tarasu, doszło do mnie, że cały obszar aszramu jest okryty ogromną, jakby kryształową czaszą, z okrągłym otworem u szczytu. Przez chwilę kontemplowałam z zamkniętymi oczami owo wrażenie, gdy przyszło mi do głowy, by poprosić o mantrę, na której mam medytować. Siedziałam w ciszy jakieś pół minuty, gdy usłyszałam jak z góry spływa powolne, dźwięczne, uroczyste: OM! Podjęłam tę mantrę i to było jak prawdziwe, duchowe powitanie. Po paru minutach czułam tę przepotężną, miłującą, pełną słodyczy moc Gospodarza tego miejsca...

Ta chwila zmyła ze mnie wszelkie doznania codzienności i pospolitości. Odtąd, wszystko, co robiłam, mówiłam i myślałam, stało się uświęcone i pełne znaczenia o zakresie przekraczającym realia materialnego świata. Wszystkie czynności, słowa i myśli szły do innych adresatów, niż byli nimi ci, którzy przyjmowali je na ziemskim planie...

Ocknęłam się i poszłam po Darka, żeby iść z nim na poranny hawan. Nie dał się ściągnąć ani na hawan, ani na aarati. Trudno! Poszłam sam i poczułam, że chyba będę w tym wszystkim sama!

W dhuni cieszyłam się wspaniałą atmosferą do medytacji, zresztą wszędzie były tam miejsca, gdzie mantra sama łagodnie przesuwała się przez umysł, jak koraliki mali przesuwane palcami.

W świetle dnia wnętrze świątyni prezentowało się mniej tajemniczo, za to mogłam wychwycić więcej szczegółów: ołtarz zastawiony obrazami, ze stojącą z boku wielka lagą bambusową, z którą Babadżi się nie rozstawał i która pełniła funkcję błyskawicznie działającego środka przywracającego równowagę duchową. Nie, żeby ktoś dostawał nią lanie! Babadżi miał ten zwyczaj, że gdy ktoś zachowywał się lub nawet tylko myślał niewłaściwie, podchodził do delikwenta i zadawał błyskawiczny cios w jego głowę. Podobno ból był straszny, chociaż trwał ułamek sekundy, a uderzony natychmiast odzyskiwał jasną samoocenę swojego zachowania i naprawiał swój błąd.

Po Jego odejściu odpowiednikiem tego postępowania był fakt, że bardzo często osoby, które coś przeskrobały, znienacka uderzały o coś głową albo coś je uderzało. Sama tego doświadczyłam, kiedy brzydko o kimś pomyślałam. Interwencja w postaci kubka, który z półki spadł mi na głowę, była natychmiastowa i skuteczna!

Po zakończeniu aarati mieszkańcy aszramu siadali w kole i zaczynał się karma-joga-meeting, czyli przydział karma-jogi do wykonania w danym dniu. Była to także pora zgłaszania wniosków, propozycji, czy nawet skarg.

Zgłaszaliśmy się do poszczególnych prac: sprzątania terenu, świątyni, czyszczenia łazienek i toalet, zamiatania 108 stopni, itd.

Zgłosiłam się do zamiatania 108 stopni i ochoczo wzięłam się do pracy. Wbrew pozorom nie było to takie łatwe – zmęczenie po podróży jeszcze mnie nie opuściło, zrobiło się gorąco i parno, a tu trzeba było machać raźno tą miotełką z trawy. Ze mną pracowała sympatyczna Angielka, wiec podśpiewując badżany pracowałyśmy i nawet nieźle nam to szło.

Nie pamiętam, co miałam robić potem i po południu, ale pamiętam, że czułam się znakomicie, dokładając się do dzieła polepszenia siebie i wszechświata, bo tak jest rozumiane działanie karma-jogi.

O 12. zatrąbiono na lunch, który spożywaliśmy na otwartej przestrzeni, chyba że padało, wtedy uciekało się do przejścia przy kuchni. Zaczynały się rozmowy, nawiązywanie znajomości, wymiana doświadczeń.

Po popołudniowej sjeście, którą skwapliwie wykorzystałam na spanie, znowu porcja karma-jogi, znowu kąpiel, dhuni i aarati, znowu kolacja i – spać.

Tak toczył się kołowrotek życia w aszramie – życia pozornie jednostajnego, spokojnego, w niezmiennej kolejności wszelkich czynności i w atmosferze uświęcenia oraz ciągłego odczytywania podtekstów, jakie niosły ze sobą poszczególne prace, doświadczenia i wypowiadane słowa...








Przesłania Jezusa: 2012: Z ludzi, przez ludzi, dla ludzi cz.2

Przesłania Jezusa: 2012: Z ludzi, przez ludzi, dla ludzi cz.2: Przetłumaczyła Wika Rząd będzie wyglądać jak bezładna zbieranina, bo tym właśnie jest. Rząd stracił kontakt z ludźmi. Rząd pełen jest wo...

niedziela, 15 stycznia 2012

CZĘŚĆ 14. STOP-KLATKA




Niewielki kwadratowy pokój z dużym łóżkiem. Mała szafka, stolik, dwa plastikowe foteliki. Na ścianach wieszaki na ubrania.  Pod sufitem powoli obracają się skrzydła ogromnego wentylatora. W górnej części zamkniętego szczelnie okna – wielki, nieznośnie hałasujący klimatyzator. Taka sceneria miała nam towarzyszyć przez prawie cały czas w ciągu najbliższych trzech dni.

W recepcji wyjaśniono nam, że strajk trwa nadal, nie jeżdżą żadne środki transportu, nawet taksówki. Trzeba czekać... Oj, nie było to łatwe! W hotelu było nudno i duszno, więc wychodziliśmy co jakiś czas, żeby przejść się po mieście, niewielkim, ale jak wszystkie indyjskie miasta, bardzo ruchliwym i hałaśliwym. Za każdym razem upał brał górę i uciekaliśmy już po 20 minutach. Chyba że padał deszcz... Deszcz monsunowy jest zjawiskiem absolutnie zaskakującym. Świeci słońce, na niebie ani jednej chmurki, aż tu nagle z nieba leją się potoki wody, jakby ktoś wiadrami chlustał! W jednej chwili ulice zmieniały się w rwące potoki, a także nie wiadomo skąd wyłaniali się ludzie w długich, podgumowanych płaszczach, z ogromnymi, czarnymi parasolami. Po 20 minutach deszcz zanikał i robiło się niemiłosiernie gorąco i parno. Kiedyś deszcz zmoczył nas do suchej nitki, ale zanim dotarliśmy do hotelu, nasze ubrania były prawie suche.

Gdy tylko wyspaliśmy się po podróży, postanowiliśmy dotrzeć do Muniradżiego. Rikszarz na słowo: ‘Muniradżi’ tylko kiwnął głową i zawiózł nas na miejsce. Nie wiem, jak ci rikszarze trafiają pod wskazane adresy, ponieważ trudno jest wypatrzeć numery domów! Wysiedliśmy i od razu zauważyliśmy gromadkę wiernych, których widzieliśmy wśród świty Muniradżiego w Holandii. Przywitaliśmy się z wielką radością, chwilę pogadaliśmy i ktoś odprowadził nas na miejsce. Weszliśmy w cuchnącą moczem bramę dużej kamienicy, by dostać się na pierwsze piętro. Tam, zaraz po przekroczeniu drzwi znaleźliśmy się w dużym salonie z ustawionymi pod ścianami niskimi sofami i ławami, nieco dalej, w mniejszym pokoju siedziała przed telewizorem gromadka dzieci. Na nasze spotkanie wybiegł jakiś pies. Wszędzie kręcili się domownicy i rezydenci domu Muniradżiego. Nota bene, przez nieporozumienie językowe, nie zorientowaliśmy się, że moglibyśmy zamieszkać w tym domu na czas oczekiwania. Cztery oficyny z krużgankami wychodziły na patio ozdobione fontanną i niewielkim ogródkiem. Mogło w tym domu przebywać jednocześnie wiele osób. Ktoś zapytał nas o cel przybycia. Gdy wyjaśniliśmy, że chcemy się zobaczyć z Muniradżim, ładna brunetka w średnim wieku, jak się później okazało - synowa, przyjaźnie skinęła nam głową i poprosiła, byśmy zeszli z powrotem do bramy i zapukali do drzwi zaraz za wejściem na piętro. Tak też zrobiliśmy, i po otwarciu drzwi, przez ciemnawy korytarzyk dostaliśmy się do niewiele lepiej oświetlonego pokoju, w którym mieszkał Muniradżi. Wiedzieliśmy, że jest ciągle jeszcze chory, więc czuliśmy tym większe skrępowanie. Przyjął nas bardzo sympatycznie, z uśmiechem. Po kilku minutach rozmawialiśmy o podróży, o strajku, który miał się jeszcze przeciągnąć. Darek zaczął dopytywać o możliwość wykonania murti Babadżiego, a Muniradżi nadal nie widział w niczym problemu. Omówili kilka szczegółów i Darek zamilkł zadowolony. Okazało się, że mamy możliwość, by za dwa – trzy dni pojechać do Hairakhanu taksówką.

Nadszedł dzień wyjazdu. Z nieba lał się potop! Kierowca starego, rozklekotanego samochodu załadował nasze bagaże, rozmieszczając je z demonstracyjną starannością. W dalszej drodze dowiedzieliśmy się, dlaczego tak postąpił.

Ruszyliśmy w przedostatni etap podróży, jak się okazało, najbardziej emocjonujący! Droga była wąska i kręta, jak to w terenie podgórskim, płynęły po niej strumienie wody spadające ze zboczy, a kierowca jechał z zatrważającą prędkością. Dawno nie powtarzaliśmy w myślach mantry z taką żarliwością! Na połowie dystansu taksówkarz zatrzymał się, wysiadł i ze strapioną miną poprawiał ułożenie bagaży. Istny teatr grozy! Deszcz ustał, kiedy dotarliśmy do wioski. Teraz czekało nas ostatnie zadanie – wynajęcie tragarza i przewodnika, i zejście do kotliny, w której umiejscowiony był aszram. Oczywiście, przewodnicy i tragarze czekali w pogotowiu, był to ich chleb codzienny, a raczej – czapati codzienne.

Okazało się to niełatwe, chociaż bezpieczniejsze niż przeprawa wzburzoną o tej porze roku rzeką, Gautamą Gangą. Ścieżka stromo spadała w dół, kamienie były oślizgłe, drogę przecinały płynące we wszystkich kierunkach strumyki, a największym zagrożeniem było maziste, gliniaste błoto, po którym łatwo było zjechać w dół oraz wystające wszędzie, splątane korzenie. W dodatku siła grawitacji robiła swoje i wyglądało na to, że nie tyle schodzę co zbiegam z góry. Przewodnik ciągle pokrzykiwał: Asha, dire! (Asha, powoli!), a ja w pewnym momencie miałam wrażenie, że spływa po mnie deszcz, ale nie był to deszcz, lecz krople potu. Na dole, tuż przed drogą prowadzącą do wejścia zgubiłam w błocie klapkę i nie było szansy na to, by wyciągnąć ją z bagnistego błota. Przeszliśmy obok kilku ubogich chat skleconych z kamieni i gliny, mijając wieśniaczki w skromnych sari i prześliczne, śniade śliczne dzieci z zielonymi gilami wiszącymi u nosków. W końcu przez wąską, metalową bramę przeszliśmy do innego świata: znaleźliśmy się na krużganku głównego budynku aszramu. Była to pora sjesty poobiedniej. Patrzyliśmy na długi, parterowy budynek z rzędem wyposażonych w pręty okien bez szyb oraz drzwi prowadzących do poszczególnych pokojów. Jeszcze tylko mały zgrzyt, ponieważ okazało się, że nasi przewodnicy zdarli z nas skórę za swoją usługę i trzeba było interweniować przy pomocy kogoś z obsługi aszramu.  Niezbyt radzi oddali nadwyżkę. Potem poradzono nam, byśmy udali się do kuchni. Było już po lunchu, więc podano nam to, co zostało, zimne czapati i dal z ryżem, ale my na to wszystko rzuciliśmy się z apetytem. W tym czasie oszczędzaliśmy tak bardzo, że prawie przez cały czas chodziliśmy głodni. Po zakończeniu sjesty zostaliśmy zakwaterowani i otrzymaliśmy klucz do naszego pokoju. Podobało mi się skromne wyposażenie: drewniane łóżka bez materacy, na ścianach wieszaki na ubrania, jakiś stolik, wiadro na wodę i dwie lothy (dzbanki) dla celów higieny osobistej. W kącie miotła do zamiatania i zatykania okrągłego otworu w rogu pokoju. Służył on jako odpływ na wypadek, gdyby ktoś chciał wziąć kąpiel w pokoju. Na noc zatykało się ten otwór miotłą, by uniemożliwić wejście niepożądanym gościom, których w tym klimacie nie brakowało: od wszelakich owadów i pajęczaków typu skorpion, przez rozmaite płazy i gady oraz małe ssaki. Nie lekceważyliśmy tego środka bezpieczeństwa, w aszramie dotąd opowiadało się, jak kiedyś ktoś chciał wejść do toalety i natknął się na wielką kobrę.

Z ulgą i radością rozpakowaliśmy bagaże i korzystając ze statusu nowo przybyłych, nie zostaliśmy jeszcze włączeni w karma-jogę, mogąc przeznaczyć nieco czasu na obejrzenie aszramu, co niezwłocznie zrobiliśmy.




Przesłania Archanioła Uriela: Stwórzcie jedność serca

Przesłania Archanioła Uriela: Stwórzcie jedność serca: . Przetłumaczyła Wika Stwarzanie partnerstwa pomiędzy ego i Duchem, które jest częścią waszej uzdrawiającej podróży w każdym życiu, stan...

sobota, 14 stycznia 2012

Część 13. KIERUNEK: HAIRAKHAN!


Pozornie wszystko było jak dawniej. Gotowałam obiady, podlewałam ogród, spacerowałam w wolnym czasie po okolicach, podziwiając ogromne, zwaliste i czyściutkie krowy w „biustonoszach”, osobliwą rasę owiec, o długich, opuszczonych do dołu uszach, beczących tak, że mimowolnie człowiek wybuchał śmiechem. Niechętnie przyglądałam się jednostajnie zielonym, „wyczesanym” łąkom bez ani jednego kwiatka czy ziółka. Przechodząc nie mogłam nie zwrócić uwagi na to, że ludzie są tu bardziej pogodni, wyluzowani, przyjaźni, mijałam uśmiechnięte, bardzo zadbane emerytki, siwowłosych małżonków spacerujących i trzymających się za rękę. Świat dostatni, syty, trochę nudny, ale tchnący może nawet nieuzasadnionym poczuciem bezpieczeństwa.  Wspomnienie naszych rodzimych krajobrazów i codziennych polskich widoków sprawiało mi ból, tym większy, że jechałam do kraju, gdzie miałam zobaczyć jeszcze więcej nędzy, i dobrze o tym wiedziałam. Trudno mi było pogodzić się z tymi kontrastami...

Dni mknęły, ani się obejrzeliśmy, jak pojawiło się wszystko, co było potrzebne do podróży, a przede wszystkim bilety na samolot. Ostatnie ustalenia, ostatnie rozmowy, przyjąćko z jabłecznikiem na gorąco i wyruszyliśmy żegnani przez tych kochanych, przyjaznych ludzi, którzy przyczynili się do naszego wyjazdu. Kiedy dziękowaliśmy im, padła krótka odpowiedź: Babadżi tak chciał, dlatego jedziecie!

Dojechaliśmy na lotnisko w okolicach Amsterdamu prawie na ostatnią chwilę. W czasie odprawy było dość zabawnie, ponieważ musiałam odpowiedzieć na liczne pytania urzędnika, a Darek myślał, że wdałam się w pogawędkę z nim i cały czas usiłował mnie popędzać, ponieważ bał się, że samolot odleci bez nas. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy zajęliśmy swoje miejsca. Lecieliśmy linią Tower Air, tanią i zupełnie przyzwoitą, jak mnie zapewniano. Była to linia amerykańska, lecz chyba ze względu na cel lotu – New Delphi, była obsługiwana przez śniadych stewardów w czarnych fartuchach, posiłki były typowo orientalne, z dużą ilością ostrych przypraw, a na wideo można było oglądać filmy bez scen przemocy czy seksu.

Podróż trwała około 9 godzin, z międzylądowaniem w Ankarze z powodu awarii w toalecie. Mieliśmy więc okazję, by stwierdzić, że typ budownictwa PRL-u jest rozpowszechniony także na wcale nie takim Bliskim Wschodzie – wypisz-wymaluj wielka płyta!

Około 3. w nocy usłyszeliśmy zapowiedź lądowania. Zaczął się ruch, kolejka do toalety, zbieranie bagażu podręcznego, dopijanie napojów... Samolot zwolna podchodzi do lądowania, siada (przepięknie – nawet nie było wstrząsu), jedziemy po pasie lotniska z tak dużą prędkością, że wszystko z obu stron rozmazuje się w świetliste, białe pasy. W końcu samolot stopniowo zwalnia i staje. Tworzy się kolejka do wyjścia. Obserwuję pracowników lotniska uwijających się przy luku bagażowym. W środku coś we mnie dygoce, że to już...

W końcu wychodzimy na zewnątrz. Od razu poraża nas gorące, wilgotne powietrze o zapachu pary z pralni. Przecież jest jeszcze pora monsunowa! Z trudem oddychamy, momentalnie czujemy oblepiający nas pot. Nieźle! – myślę, skoro tak jest po 3. w nocy, to jak jest w dzień?

Odbiór bagaży, odprawa i wychodzimy do dużej hali – poczekalni. Nasz holenderski przyjaciel uprzedził nas, żebyśmy poczekali z wyjazdem z lotniska do 5., ponieważ autobus do Haldwani  gdzie mieszkał Muniradżi, mamy około 7., więc po co mamy się tłuc po nocy. Wiedzieliśmy dokładnie, jaką taksówką jechać, jak rozmawiać z kierowcą, na jaki dworzec.

Usiedliśmy, wyciągając obrzmiałe od długiego siedzenia nogi w niezbyt rzęsistym świetle poczekalni. W pewnym momencie coś jakby poderwało mnie na równe nogi. Jedziemy! – oświadczyłam tak stanowczo, że Darek podniósł się natychmiast i ruszył za mną do wyjścia prowadzącego na postój taksówek.

Uderzył mnie ogrom rozgwieżdżonego nieba i ogromna ilość gwiazd. Ale nie było czasu na podziwianie tych widoków, trzeba było rozejrzeć się pośród taksówkarzy leżących i śpiących na maskach swoich taxi-busów. Jeden wstał i podszedł do nas, pytając charakterystyczną angielszczyzną Hindusów, dokąd chcemy pojechać. Ustaliliśmy kurs i cenę, a ponieważ była to pre-payed taxi, uiściliśmy opłatę z góry. Zaczęła się szaleńcza podróż przez ciemne ulice i uliczki „starego” Delphi. Mijaliśmy odrapane, stare domy, skąpą roślinność po brzegach ulic, ludzi siedzących (o tej porze!) nad głębokimi rowami rynsztoków biegnących wzdłuż chodników. Gdzieniegdzie w żelaznych koszach palono ogień i widać było kilka osób okręconych szalami, w wełnianych czapkach na głowach. Kierowca pędził bardzo szybko, widoki dookoła były tak nieprzyjazne, że musieliśmy mieć rzadkie miny, skoro zapytał w pewnym momencie: Czy wy już jechaliście tą trasą? Oczywiście, skłamałam, że to nie pierwsza nasza wizyta w Indiach, trochę się bałam, czy coś mu nie strzeli do głowy.

Dojechaliśmy w pobliże dworca i wtedy okazało się, że jest tam tyle ryksz, motoriksz, samochodów i pieszych, że nie sposób podjechać w pobliże stanowisk autobusów. Kierowca trąbił, krzyczał, w końcu dostał czkawki z przejęcia i po kilku daremnych próbach przejechania choćby kilku metrów, przeprosił nas i powiedział, że nie dojedzie, po czym pokazał nam ręką, w jakim kierunku mamy iść.

Nie było wyjścia, wysiedliśmy z taksówki, a pierwszą osobą, na którą się natknęliśmy, była młoda i ładna żebraczka. Skłoniła się nisko, składając ręce, i z przepięknym uśmiechem poprosiła o datek. Spojrzałam na nią. Ona ma lepsze sari niż ja! – wyszła ze mnie baba! Ale nie spełniliśmy jej prośby, ponieważ przestrzegano nas, byśmy nie wyciągali pieniędzy w dużych zbiorowiskach ludzi. Wzięliśmy więc nasze bagaże i ruszyliśmy przed siebie.

Znaleźliśmy się placu, z którego odjeżdżały autobusy, i tu klops! Żadnej kasy, żadnej informacji. Zaczęłam biegać od stanowiska do stanowiska, by odczytywać rozkłady na tabliczkach, a Darek został przy bagażu. Gdzie tam! Ani słówka po angielsku, same „pajączki”! Ale niezrażona tym zaczęłam rozpytywać kierowców autobusów: Haldwani? Halwani? Rezultat zerowy. Rozglądaliśmy się dookoła bezradnie, gdy nagle podszedł do nas młody chłopak. Haldwani bus? – pytał. I zaofiarował się (na migi), że poprowadzi nas. Ruszyliśmy za nim, ale poczułam się nieswojo, ponieważ wyraźnie prowadził nas w kierunku jakiegoś ciemnego zaułka. Dodatkowo zrobił się harmider, ponieważ cofający się do zatoczki autobus o mało nie zgniótł wtulonego w jej brzeg śpiącego człowieka. Ktoś ze strasznym krzykiem zdołał go wyciągnąć w ostatniej chwili tylko dzięki temu, że kierowca w końcu usłyszał wołanie. Biedak stał niepewnie na nogach, bezradnie mrugając oczami.

Nagle, nie wiadomo skąd, z tłumu wyrósł rosły, brodaty, brzuchaty Sikh w turbanie i przedzierając się do nas, gromkim głosem zapytał: Hairakhan, Babadżi? Jednocześnie brutalnie odepchnął naszego przewodnika i coś ostro do niego powiedział. Kiwnęliśmy głowami, a on złapał najcięższą torbę i poganiał nas mówiąc, że autobus zaraz odjeżdża. Zasapani dotarliśmy do autobusu, a nasz dobroczyńca coś powiedział do kierowcy i ponaglał nas do wsiadania, podając nam bagaże. Były ciężkie, ponieważ wieźliśmy jakieś rzeczy dla Muniradżiego.

Tak więc znaleźliśmy się w niesamowicie zatłoczonym autobusie, jednym z tych kolorowych, ozdobionych frędzelkami i wstążkami, z długim „pyskiem”. Myślę, że takie zabytki nie jeżdżą już po współczesnych Indiach! Od razu zaczęły się kłopoty, nie tyle z barierą językową, co z ustaleniem ceny biletu. Wiedzieliśmy, ile powinniśmy zapłacić, ale konduktor wypisywał na kartce kolejne, z sufitu wzięte ceny. W końcu jakoś dogadaliśmy się i mogliśmy usiąść na wolnych miejscach. Autobus ruszył. Oczywiście, bardzo szybko, niemiłosiernie lawirując po jezdni. Prawdę mówiąc, przez cały czas pobytu podziwiałam zręczność hinduskich kierowców: jeździli naprawdę szybko po niesłychanie zatłoczonych ulicach, klaksoniąc przy tym niemiłosiernie, ale jakoś nie zdarzały się wypadki.

Po obu stronach jezdni kłębił się (było po 7.) tłum kolorowych postaci. Kobiety w kolorowych sari, z zamalowanymi na czerwono przedziałkami, obwieszone bransoletkami, często z maluszkiem na rękach, z reguły prześlicznym! Mężczyźni na ogół w pandżabach, poprzedzali kobiety i dzieci. Wszyscy ruchy mieli powolne, jakby leniwe. Później zrozumiałam, że jest to sposób na oszczędzanie energii i uniknięcie przegrzania organizmu. Chodniki rozświetlały dodatkowo kolorowe światła z mijanych sklepów, które właściwie wychodziły na ulicę, prezentując na stelażach z obu stron wejścia sprzedawane, kolorowe towary.

Wreszcie skończyło się miasto i wyjechaliśmy na drogę, której w żadnym wypadku nie nazwałabym autostradą ani nawet drogą ekspresową. Słońce było już bardzo wysoko, więc poczuliśmy, że gotujemy się, jak na wolnym ogniu. Pasażerowie siedzieli spokojnie, żadnych rozmów, dzieci siedziały grzecznie. Podróż miała trwać 6 i pół godziny, a oni nawet nie zmieniali pozycji. Dziwne! Ciekawie patrzyliśmy na pobocza, obserwując białe domki, jakby sklecone z kamieni, trochę lepsze jakby wille w stylu orientalnym, drzewa nieznanych nam gatunków, jakieś budynki gospodarcze, małpy przeskakujące po gałęziach przydrożnych drzew.

Na przystankach witał nas zapach dymu, kurzu oraz czerezu, którym Hindusi chętnie i często  się odurzali.

Nagle, na jednym z przystanków, na jakieś dwadzieścia minut przed końcem jazdy, autobus zatrzymał się na dłużej, a ktoś podszedł do kierowcy i o czymś mówił dosyć wzburzony.

Potem kierowca zwrócił się do pasażerów i wszyscy, bez komentarzy, zaczęli przchodzić do wyjścia. Nikt nie mówił po angielsku, łącznie z kierowcą, który pokazywał ręką, że mamy wysiadać, i na nasze żądanie zwrócił nam, jak i przedtem innym, niewykorzystaną kwotę należności za bilety. Wysiedliśmy i poczłapaliśmy do kasy, chcąc nabyć bilety i jechać innym autobusem. Pani w kasie powiedziała tylko: Problem! I rozłożyła ręce. Wyszliśmy na plac, gdzie był postój taksówek. Okazało się, że nasi współpasażerowie już się zabrali i na placyku były pustki. Oprócz nas czekało tam jakieś małżeństwo. Umówiliśmy się, że jak przyjedzie jakaś taksówka, pojedziemy razem. I tak się stało.

W Haldwani znaleźliśmy się po południu. Szliśmy do hotelu wskazanego nam przez naszych holenderskich przyjaciół. Po drodze mijaliśmy tory kolejowe, gdy dobiegł nas dziwny odgłos, w którym rozpoznaliśmy rozpaczliwe beczenie... małego koziołka, którego dwóch mężczyzn zarzynało na torach! Widok był wstrząsający, odwróciliśmy głowy pełni niesmaku i współczucia. Dotarliśmy do głównej ulicy i chcieliśmy przejść na jej drugą stronę, gdy poraził nas kolejny widok: Przecznicą szedł kondukt pogrzebowy: Ludzie nieśli na marach ciało owinięte płótnem. Podobno pobielałam na twarzy. Babadżi – wyszeptałam - co ty nam szykujesz w tych Indiach?

Już w hotelu dowiedzieliśmy się, że w Indiach panuje epidemia cholery....