Google+ Followers

czwartek, 29 grudnia 2011






JAK ISKRY Z PŁOMIENIA...
                                                         
                Było to na początku mojej, nazwijmy to,  kariery duchowej, kiedy stawiałam pierwsze, ale za to bardzo szybkie kroki w praktyce jednej ze ścieżek jogi. Miałam to nieszczęście, że dzięki intensywnym medytacjom, powtarzaniu mantry oraz innym praktykom, „poszłam szybko w ducha”. Stanowczo za szybko! Moje trzecie oko otwierało się coraz szerzej, co wywoływało nieprzyjemne doznania fizyczne, ale za tym szły „sidhi”, czyli moce, których osiągnięcie nie było moim zamiarem, ale przyjęłam je z radością jako dar i efekt moich wysiłków. To zadziwiające, że oprócz wizji, chwil jasnowidzenia, ogromnej wrażliwości na energie i umiejętności działania pozytywnym myśleniem, pojawiła się niesłychana przenikliwość. To było coś niesamowitego, patrzyło się na człowieka i wiedziało o nim dosłownie wszystko i to w ułamku sekundy. Zasadą, której należało przestrzegać, było powstrzymywanie się od wszelkich komentarzy, ocen, a już na pewno, od dzielenia się z innymi swoimi spostrzeżeniami. Każdy kij ma dwa końce. W moim przypadku to powiedzenie sprawdziło się bardzo szybko. Widziałam i czułam o wiele za dużo i nie były to budujące spostrzeżenia pomimo moich usiłowań, by utrzymać się w stanie pozytywnego myślenia i postrzegania.

                Któregoś dnia nasza grupa udała się wraz z przywódczynią do Warszawy, gdzie miało się odbyć jakieś ogólnopolskie spotkanie. Zebraliśmy się w liczbie kilkudziesięciu osób w dużym mieszkaniu, gdzieś na Woli. Siedzieliśmy w rzędach na podłodze w salonie, wszyscy ubrani na biało, naprzeciw stojącej pod rozłożystą palmą ogromnej kanapy, na której zasiadła prowadząca wraz z naszą przywódczynią. Obie były w białych sari, długowłose, uśmiechnięte. Było w tym uśmiechu coś, co zupełnie mi nie pasowało. Zaczęłam kręcić się na swojej poduszce. Czułam, jak po bokach policzków smagają mnie jakieś płomieniste strzałki. Po chwili zorientowałam się, że są to strumienie energii z oczu tych, którzy siedzieli za mną. Czyżby i oni byli niemile podekscytowani? – myślałam, czując, jak z każdą chwilą narasta we mnie irytacja – zjawisko niedopuszczalne w tych praktykach. W czasie medytacji w ogóle nie mogłam się skupić: czułam jakiś fałsz dookoła siebie, widziałam mydlane uśmiechy prowadzących i spostrzegłam, że obie są zmęczone i znudzone! W pewnym momencie zapragnęłam wyjść z tej sali, wyjść z tego czegoś, co zaczynało mnie oblepiać. Nie miałam ochoty udawać, że jest mi dobrze w tym gronie, że czuję się szczęśliwa... Już się podnosiłam, gdy prowadząca dała znak, by zakończyć medytację, zostałam więc, postanawiając, że wyjdę zaraz po tym jak prowadząca, zgodnie ze zwyczajem, obdaruje każdego z obecnych spojrzeniem z przekazem boskiej świadomości, po czym zwykle następowało wręczenie jakiegoś słodkiego przysmaku. Czekałam na swoją kolejkę, snując jadowite myśli w rodzaju: Co ty myślisz, że jak mi w oczy spojrzysz, stanie się cud? Jaki cud?! To wszystko to jedna wielka lipa! Jak wy obie wyglądacie pod tą palmą! Ha! Ha! Ha!  Cyrk! W co ja się wrobiłam? Cyrk! Zaraz wracam do domu!

                Przyszła moja kolej, poderwałam się i szłam kąśliwie uśmiechnięta, zbuntowana przeciwko „bogu tej jogi”, przeciwko wszelkim prawdom, które wtłaczano mi pracowicie do głowy. Szłam, czując, że jestem tak „brudna”, że prowadzącą chyba odrzuci ode mnie na trzy metry. Stanęłam naprzeciw tej wysokiej kobiety, zadziornie uniosłam głowę, by z przekorą i ironią zajrzeć jej w oczy.

                I wtedy stało się coś, czego nigdy nie zapomnę: poczułam delikatne, ale stanowcze szarpnięcie. „Coś” wyrwało mnie w górę. Byłam teraz maleńką, gorącą i roziskrzoną drobinką światła i z zawrotną szybkością leciałam przed siebie ku Czemuś, ku Komuś, Kogo odbierałam jako otwierającego szeroko ramiona, by mnie przytulić, ogarnąć sobą. Zbliżałam się ku Niemu, jak ściągana gigantycznym magnesem, z jakąś ogromną tęsknotą pomieszaną z niesłychaną radością, z nieopisanym uczuciem miłości. Było to tak, jakby się ogromnie do kogoś tęskniło, tak do łez, a jednocześnie odczuwało niesamowitą radość, jak wtedy gdy wpada się w ramiona kogoś, kogo bardzo się kocha i kto nas bardzo kocha! Słowa są tu bardzo ubogie! Ten Ktoś jakby zamknął mnie w swoich ramionach i wtedy stałam się jednym z Nim, stopiłam się z Nim w jedno. Było tam wszystko: ekstatyczna radość, jakiej nigdy dotąd nie odczuwałam, śmiech, który wypełniał przestrzeń dookoła, nieznane mi jeszcze doznanie szczęścia, a nade wszystko gorąca, przelewająca się falami miłość, miłość, która była również wiedzą, wiedzą wszystkiego, opieką, czujnością, uwagą, troską, porażającym pięknem. Nie było żadnych pytań, nawet żadnego okrzyku: Ach, ja już rozumiem! - chociaż zrozumiałam wtedy wszystko, w tej jednej chwili. Nie było żadnego: On i ja! Była tylko jedność i jestność, która jest wszystkim i z której wychodzi wszystko. Nie umiem tego inaczej nazwać.

                To, co opisałam, wydarzyło się dosłownie w ułamku sekundy, ale by rozpatrzyć to w sobie, potrzebuję co najmniej minuty.

                Kiedy ocknęłam się, prowadząca podtrzymywała moje osuwające się ciało. Wróciłam na miejsce cichutka i promienna. Siedziałam oszołomiona, czując, że moje ciało fizyczne nie jest w stanie pomieścić w sobie tego szczęścia. Uszczęśliwiony duch tańczył szalony taniec radości, co wyraziło się salwami radosnego śmiechu po wyjściu z budynku.

                Zostałam obdarowana bezcennym skarbem na dalszą, niełatwą drogę życia. Wędrowałam po różnych ścieżkach rozwoju duchowego w nadziei na ponowne odnalezienie w sobie tej chwili, którą przeżyłam wtedy. Czasami, w głębokiej medytacji, wydawało mi się, że podchodzę w pełnej radosnego lęku ciszy do tego jedynego w swoim rodzaju doznania. Nieraz jeszcze kończyłam medytację prawie nieżywa ze szczęścia, lecz tamto doświadczenie nie powtórzyło się już nigdy.

Czytałam różne mądre księgi, pisma nazywane świętymi, rozmyślałam, rozwijałam się, robię to dotąd, ale ciągle towarzyszy mi silne przekonanie, że to wszystko jest ZAMIAST. Zamiast tego stanu, który na tak krótko stał się moim udziałem, a który jest moim WŁAŚCIWYM STANEM, DO KTÓREGO MAM NIEZBYWALNE PRAWO. Dlatego ciągle towarzyszy mi uczucie, że zbędne są wszelkie dociekania, spekulacje na temat istoty Boga, na temat natury Wszechrzeczy. Wiem, że TA CHWILA po prostu przyjdzie, a wtedy ponownie wszystko stanie się jasne, ale już NA ZAWSZE.

Nie jestem jakimś luminarzem rozwoju duchowego, cudownym wyjąteczkiem, wybrańcem Boga, czy nawet VSP (Very Spiritual Person, jak to się mawia na Zachodzie). Mówię o sobie, że jestem duszą w drodze...  w  drodze do tego stanu, jaki już raz udało mi się przeżyć. Czuję, że doznanie to jest przeznaczone nam wszystkim, którzy świadomie zmierzamy do Stwórcy i to nawet niezależnie od naszej bieżącej kondycji duchowej. Nie jestem pewna, czy musimy się do tego kwalifikować w jakiś szczególny sposób. W końcu pamiętam, że ja zostałam „wyrwana” ze stanu krańcowej negatywności.

                Ta prawda pozostaje dla mnie niezmienna: JESTEŚMY KOCHANI, BARDZO KOCHANI I TO PRZEOGROMNĄ, NIEZMIERZONĄ I ABSOLUTNIE BEZWARUNKOWĄ MIŁOŚCIĄ. I jeszcze jedno: JESTEŚMY Z NIEGO I JESTEŚMY NIM. Cała nasza praca polega na tym, by po prostu w to uwierzyć.

                 Czego gorąco życzę wszystkim Wam, spadkobiercom Boskiego dziedzictwa, których dusze  przez wieki niosą w sobie Światło Boże...

                To są moje NOWOROCZNE ŻYCZENIA DLA WAS, KOCHANE ŚWIATEŁKA!

               Ania-Asha

               28. 12. 2011r.