niedziela, 1 stycznia 2012

                  
PRZYBYSZAMI TU JESTEŚMY....

Dziesięć lat temu studiowałam w Studium Terapii Zajęciowej. Trochę niezwykły jest ten mój „zestaw edukacyjny”: filologia polska i terapia zajęciowa. Był to czas, gdy bardzo chciałam zdobyć i pogłębić swoją wiedzę z zakresu terapii naturalnej. Dyplom Studium miał mi otworzyć drogę do formalnie potwierdzonej możliwości wykonywania zawodu terapeuty.

Kiedy przyswoiliśmy większość wiedzy teoretycznej, przyszedł czas na praktyki. Od razu rzucono naszą kilkunastoletnią grupkę do placówek, gdzie przebywały dzieci z najcięższymi upośledzeniami, czyli, jak to się mówi, poszliśmy na głęboką wodę.

Było to bardzo trudne wyzwanie, ponieważ widok tak wielu kalekich, powykręcanych ciał, bezwładnych lub kiwających się czy miotających na oślep był przejmujący, nawet dla kogoś, kto był już teoretycznie przygotowany na takie wrażenia. Do tego dochodził przejmujący zapach moczu, czasem kału (wszystkie dzieci, nawet te starsze nosiły pampersy) i różne odgłosy, nie przypominające ludzkiej mowy, które wydawały te istotki.

Jako praktykanci musieliśmy robić to wszystko, co robili etatowi pracownicy, oprócz przewijania, mycia i ubierania. Mówiąc krótko naszym zadaniem było pobudzanie czynności szarych komórek podopiecznych. Staraliśmy się, by dzieci były stale zajęte obserwowaniem, słuchaniem, wykonywaniem ruchów. Kiedy np. rysowały, często polegało to na tym, że trzymało się je za rączkę z włożoną w nią kredką i w przypadku niedowładu spastycznego delikatnie pokonywało opór, a przy niedowładzie wiotkim – mocno trzymało bezwładną dłoń i przedramię, by wieść ją nad kartonem. Zabawialiśmy dzieci dzwonkami, grą na instrumentach, śpiewem, tańcem, powtarzaniem wierszyków. Dzieci siedzące na wózkach woziło się na spacer po korytarzach ośrodka, śpiewając im, pokazując po drodze kwiaty, różne przedmioty, muskając rączki i buzię różnymi przedmiotami tak, aby dostarczyć jak najwięcej bodźców sensorycznych.

Kiedy na buzi niewidomego chłopca ukazywał się uśmiech, wiedziałam, że coś do niego dociera, że czuje, słyszy... Czasem nagrodą za naszą pracę był radosny śmiech, przytulenie się, dobrze wykonane ćwiczenie, ale zdarzał się także nagły. przeraźliwy, spazmatyczny krzyk, wycie, ryk, zadawane na oślep ciosy albo następnego dnia okazywało się, że wszystkie ćwiczenia trzeba wykonywać od początku...

Pracując z tymi dziećmi nie jeden raz zadawałam sobie pytanie: Czy one mogą być szczęśliwe? Szukałam tej odpowiedzi w ich roześmianych buziach, objawach czułości i wdzięczności, radosnym machaniu rękami i nogami. Myślałam: Przecież one mają ograniczoną świadomość, ich potrzeby są niewielkie, łatwo je zaspokoić. Tak, niby łatwo, ale jaką tragedią było upuszczenie piłki przez małą Kasię, kiedy w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ją podać. Jak głośno płakał mały Darek *), gdy wychodząc, a zapomniałam się z nim pożegnać. Z kolei taki Władek, już siedemnastoletni: Całe życie z ciałem wygiętym w łuk, jak przy tężcu, opartym na stopach i na potylicy, świat ogląda „do góry nogami”. A ile w nim było chęci żartowania, śmiechu! Ciągle się z nami przekomarzał, chociaż czasami trudno nam było zrozumieć jego mowę. A więc wszystko jest takie samo jak u „nas” – myślałam. Każdy ma swoją skalę smutku i radości...

Dręczyło mnie pytanie: Co takiego zrobiły te dusze w poprzednich wcieleniach, że teraz tak cierpią? I zaraz się karciłam za te myśli. Jeszcze wtedy nie dotarło do mnie, że one po prostu wybrały sobie takie a nie inne życie dla samego doświadczania takiego właśnie życia a zrobiły to dobrowolnie. Przez nikogo i przez nic nie zmuszane.

Nie przypuszczałam, że odpowiedź na moje rozważania otrzymam w tamtym właśnie miejscu i szybciej, niż się spodziewałam: Pewnego dnia opiekunki zdecydowały, że „dorośliśmy” do karmienia podopiecznych. Każdy z nas wiózł do jadalni na wózku dziecko, którym się opiekował. Mnie przypadła w tym czasie trzynastoletnia Ania. Ciężko spoczywała na wózku, ruchy miała bardzo powolne, mowę niewyraźną, oczy bezbarwne i mętne, wodzące dookoła bez zrozumienia. Nie bardzo orientowała się w tym, co się dzieje dookoła, ale na szczęście była dość komunikatywna i o wszystko pytała. Przed posiłkiem poinformowano mnie, że Ania ma kłopoty z żołądkiem i musi długo żuć pokarm, więc lepiej jej nie poganiać.

Cierpliwie niosłam do jej ust łyżkę za łyżką, gdy nagle Ania przerwała jedzenie, popatrzyła na mnie i powiedziała:

A tamta ciocia (miała na myśli opiekunkę) zawsze się śpieszy.

Nie chcąc obgadywać z nią tej osoby, powiedziałam:

Wiesz, ciocia ma dużo pracy, jeszcze musi robić wiele innych rzeczy, a ja akurat mam czas, więc jedz sobie spokojnie.

Po kilku następnych łyżkach znowu spojrzała na mnie, w jakiś szczególny sposób.

A moja mama mnie nie kocha! – stwierdziła ze smutkiem.

Co ty mówisz, zdaje ci się!

Nie! Moja mama mnie nie kocha! Nie kocha!

Zaczęłam tłumaczyć, że mamusia kocha ją, tylko nie umie jej tego pokazać, ale ona smutno powtarzała: Nie kocha! Nie kocha! Nie wiedziałam, jak ją pocieszyć. Te dzieci to jedne wielkie narządy czucia, wykrywacze emocji, one przez skórę wiedzą, co czujemy w odniesieniu do nich. Nagle usłyszałam siebie mówiącą:

Wiesz Aniu, jest taki ktoś, kto kocha cię tak bardzo, bardzo, tak najbardziej jak tylko można...

Kto?

BÓG...

W tym momencie stało się coś, czego nigdy nie zapomnę: Jej smutna buzia rozjaśniła się promiennym uśmiechem. Ale nie to było najważniejsze: spojrzała mi w oczy... i to było niesamowite! Patrzyły na mnie oczy przepiękne, gwiaździste, rozpromienione radością i miłością. Wokół pojaśniało, a ja czułam, że mam takie same oczy jak ona!  Że jest to spotkanie dwóch dusz – czystych, radosnych, kochających... W tym krótkim momencie zrozumiałam, że my wszyscy tacy naprawdę jesteśmy: czyści, promienni, piękni, kochający! Objęłam z miłością tę moją Siostrzyczkę.

A potem trzeba było powrócić do naszych obecnie odgrywanych ról – ja ją karmiłam, a ona rozglądała się wokół swoimi półprzytomnymi oczami. Lecz teraz wszystko wyglądało jakże inaczej...

Kiedy kilkanaście lat temu byłam w Indiach, a był to dość długi pobyt, zauważyłam, że ci „uduchowieni” Hindusi, witając kogoś, komu chcą okazać szacunek, dotykają palcami dłoni kolana lub stopy tej osoby. Kiedyś wyjaśniono mi znaczenie tego gestu: CZCZĘ BOGA, KTÓRY MIESZKA W TOBIE.

CZY ŁATWO JEST NAM POWIEDZIEĆ TE SŁOWA, CHOCIAŻBY W MYŚLACH, DO KAŻDEJ NAPOTKANEJ OSOBY... DO SWOJEGO WŁASNEGO ODBICIA W LUSTRZE?

Ludzie. Mieszkańcy Ziemi. Kreacje Stwórcy. A prościej: Dzieci Boga. Wszystkie. Bez wyjątku. Bez wykluczeń: UPOŚLEDZONE DZIECKO – PROSTYTUTKA - PIJAK – KLOSZARD – ŻEBRAK – PROFESOR UNIWERSYTETU – ŚPIEWACZKA OPEROWA – ŻOŁNIERZ – ZŁODZIEJ – BRAMKARZ LIGOWEJ DRUŻYNY – MAKLER GIEŁDOWY – OSZUST MATRYMONIALNY – WYNALAZCA – TERRORYSTA – GOSPODYNI DOMOWA – ROLNIK – POLITYK – LEKARZ – CYRKOWIEC – można te byty mnożyć w nieskończoność. Łączy je jedno – są to wybrane role, jakie odgrywamy w tym istnieniu, w tym wymiarze, na tej pięknej planecie. A w te role wpisane są doświadczenia. Nie, nie chodzi o to, że są to doświadczenia dobre lub złe lub że przechodząc przez nie okazujemy się dobrzy lub źli, zasługujemy na nagrodę bądź nie. Nie o to chodzi.

Są to doświadczenia, dzięki którym zbieramy mądrość, uzyskujemy własną skalę wartości, rozszerzamy świadomość, bogacimy się jako dusze, rozszerzając i wzmacniając nasz potencjał rozwoju w drodze powrotnej do ŹRÓDŁA WSZELKICH BYTÓW.

Tu, na Gai przybyszami tylko jesteśmy, na kilka, kilkadziesiąt, nawet kilkaset wcieleń. Tak długo, aż zbierzemy wszystkie potrzebne nam doświadczenia: przyjemności, przykrości, bóle i spazmy, gorycze porażki i euforie zwycięstwa, ambicje, żądze, radości, rozczarowania, upojenia, ekstazy, zwątpienia, rozpacze, wściekłość i bezsilność, by w końcu stwierdzić: Czas już porzucić te znoszone kostiumy, zostawić te wszystkie rekwizyty. Wystarczy, pora wracać do DOMU!

*) Wszystkie imiona są zmienione.

Anna Małgorzata Bogusz-Dobrowolska


                                                                

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz